Szlakiem soli, kolei i… kanapek z jajkiem czyli wakacyjna wyprawa do Bochni
data dodania: 21 lipca 2025
Skawina, 17 lipca 2025. Godzina 8:16. Peron w Skawinie tętnił życiem bardziej niż dworzec w sezonie narciarskim. Z jednej strony słychać było podpowiedzi: „Masz bilet?”, „Nie zapomnij apteczki!”, „Kto ma jeszcze miejsce w plecaku na kabanosy?”, z drugiej – radosne: „Jedziemy do kopalni!”.
Wyruszyliśmy grupą 22 śmiałków. Towarzystwo Przyjaciół Skawiny, wraz z niezawodnym Kołem Miejskim PTTK nr 27, postanowiło udowodnić, że turystyka bez auta to nie kara, lecz przyjemność – nawet jeśli czasem w pociągu trzeba trochę postać. Byli wśród nas doświadczeni wędrowcy z plecakami pamiętającymi jeszcze czasy PKS-u, jak i debiutanci, którzy dzień wcześniej pytali, czy na wycieczkę pociągiem trzeba zabrać paszport. Jedno jest pewne – zapał i humor dopisywały wszystkim bez względu na wiek i liczbę przebytych kilometrów. Atmosfera przypominała szkolną wycieczkę, tylko z lepszą kawą i mniejszym ryzykiem zgubienia kogoś w toalecie.
Pierwszy etap naszej wyprawy – podróż do Bochni – odbył się oczywiście koleją. Zgodnie z ekologicznym duchem projektu, ani jeden spalony litr benzyny nie padł ofiarą naszej mobilności. Co więcej – bilety kupione, rozkład jazdy opanowany, a uśmiechy nie gasły mimo porannego deszczu, który tego dnia postanowił wyjątkowo się rozszaleć.
W przedziałach królowały wachlarze, ploteczki i… termosy z kawą. Pojawiły się też ciasteczka domowej roboty („z mąki orkiszowej, bo przecież jedziemy zdrowo!”) oraz krzyżówki, które rozwiązywano wspólnie. Tylko raz ktoś zapytał: „Czy my na pewno jedziemy w dobrą stronę?”, ale to zapewne z czystej troski o pasażerów, a nie braku zaufania do kierowniczki wycieczki…
Kopalnia Soli w Bochni nie zawiodła. Gdy zjeżdżaliśmy na głębokość 248 metrów, emocje były wyczuwalne niczym sól w maśle. Część uczestników ścisnęła mocniej poręcze, inni – swoje torebki, a niektórzy po prostu… zamknęli oczy i marzyli o obiedzie.
Podziemne korytarze zachwyciły wszystkich – z jednej strony surowa historia ciężkiej pracy, z drugiej – nowoczesne multimedialne ekspozycje, które mówiły do nas jak aktorzy z Netflixa. Przewodnik opowiadał o dawnych metodach wydobycia, a my – z rozdziawionymi buziami – odkrywaliśmy, że sól to nie tylko przyprawa, ale też fundament lokalnego dziedzictwa.
Dowiedzieliśmy się na przykład, że kopalnia w Bochni to najstarszy zakład górniczy w Polsce, działający nieprzerwanie od 1248 roku! Zobaczyliśmy komorę Ważyn – jedną z największych w Europie udostępnionych do zwiedzania, gdzie można… przenocować i zagrać w piłkę nożną. Co bardziej dociekliwi dopytywali o podziemne kaplice – szczególnie Kaplicę św. Kingi, wykutą w soli z taką precyzją, że wielu z nas oniemiało z wrażenia. Dziecięca część wyobraźni obudziła się na dobre, gdy usłyszeliśmy legendę o pierścieniu św. Kingi, który miał zostać cudownie odnaleziony właśnie tu, w bochniańskiej soli. Kto wie – może nadal gdzieś błyszczy w ścianach kopalni?
Z ciekawostek: w kopalni funkcjonowała niegdyś specjalna kolejka podziemna do przewozu urobku – dziś tory służą już tylko turystom, ale robią ogromne wrażenie! Mało kto wie, że w czasie II wojny światowej Niemcy planowali przekształcenie części kopalni w podziemną fabrykę zbrojeniową. Na szczęście do realizacji tych planów nie doszło, a kopalnia przetrwała bez większych zniszczeń. Co odważniejsi z naszej grupy zadawali pytania o duchy górników – przewodnik uśmiechnął się tajemniczo i odparł, że jeśli ktoś nocuje w kopalni i usłyszy stukanie w ścianę, to lepiej… grzecznie odpowiedzieć. W końcu pod ziemią wszystko może się zdarzyć!
Po wycieczce przyszedł czas na obiad w stylu bocheńsko-kopalnianym: zupa pomidorowa, drugie danie i kompot – serwowane w podziemnej stołówce, której industrialny klimat mógłby spokojnie trafić na listę atrakcji. Niektórzy uznali, że to najlepszy posiłek sezonu, inni – że od dziś nie jedzą niczego bez kopalnianej soli. Wspólny stół sprzyjał rozmowom. Pani Maria, seniorka z niemałym doświadczeniem turystycznym, opowiadała o wycieczkach sprzed 40 lat, a młodsze pokolenie dopytywało: „Naprawdę jeździło się na wczasy pociągiem z własną poduszką?”.
Po pięciu godzinach pod ziemią wyruszyliśmy raźno na dworzec PKP Bochnia. Miasto pożegnało nas uśmiechem gołębi i powiewem cieplejszego powietrza, które po solnych podziemiach wydawało się niemal tropikalne. Tym razem nie było pożegnań z łezką w oku ani pamiątkowych niespodzianek – tylko lekki gwar na peronie i serdeczne „do zobaczenia!”. Bo – jak przypominała pani Ewa – „turystyka zaczyna się tam, gdzie kończy się lenistwo”.
Wróciliśmy pełni wrażeń, zdjęć i nowych znajomości. Uczestnicy zgodnie podkreślali, że wyjazd był nie tylko dobrze zorganizowany, ale też dał im poczucie wspólnoty – a to dziś rzecz bezcenna. Wielu z nich po raz pierwszy od dawna wybrało się na taką wycieczkę, niektórzy po raz pierwszy jechali koleją od czasów liceum.
– „Nie sądziłam, że jeszcze pojadę na wycieczkę z plecakiem i wrócę bez zakwasów!” – śmiała się pani Jadzia.
Projekt „Szlakiem soli i kolei – z plecakiem przez historię” zrealizowany został w ramach konkursu: „Turystyka i krajoznawstwo – promocja mobilności w gminie Skawina” w 2025 r., ogłoszonego przez Urząd Miasta i Gminy w Skawinie – Wydział Promocji, Sportu i Współpracy. Udowodnił, że można łączyć edukację z rekreacją, mobilność z integracją, a wycieczkę z dawką historii i porządnym obiadem. A wszystko to bez auta, bez stresu i bez konieczności kupowania winiety na autostradę.
WSPIERA NAS GMINA SKAWINA








